poniedziałek, 23 lutego 2009
sobota, 12 lipca 2008
(F. Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, paragraf 284)
piątek, 11 lipca 2008
(Kierkegaard, Albo, albo; Diapsalmata)
niedziela, 30 marca 2008
Pisanie
Należy więc jednym słowem stwierdzić, gdy mamy przed sobą czyjeś pisma(...), że nie były to rzeczy największej wagi dla piszącego, o ile on sam jest człowiekiem poważnym, takowe spoczywają gdzieś w najpiękniejszej sferze jego myśli; jeżeli zaś naprawdę powierzył książkom to, do czego największą przykłada wagę, oto zaiste mu – nie bogowie – ludzie śmiertelni rozum odebrać zdołali.
(Platon, List 7)
Pisać, powiemy, każdy może: lepiej lub gorzej - od codziennych, brukowych błahostek, aż po arcydzieła sztuki pisarskiej, którymi żyje kultura. Gdy udoskonalono technikę druku, Europejczycy jęli rozpisywać się z bezwstydnym wręcz zapałem – rzec by wypadało, iż utracili w tym rzemiośle wszelką nad sobą kontrolę. Spytajmy atoli: jak to wszystko się zaczęło? Zdaje się bowiem, że już u samych swych początków niosły ze sobą wytwory literackie niedogodną dwuznaczność.
Oto Platon opowiada w Fajdrosie niepokojącą, mityczną historię narodzin pisma. Wynalazcą liter miał być zamieszkujący ziemie Egiptu bóg Teut, który już wcześniej wysławił się swymi zdolnościami: odkrył „liczby i rachunki, geometrię, astronomię, dalej warcaby i grę w kostki”. Podarował swoje dzieło mądremu królowi Tamuzowi przedstawiając wynalazek pisma jako lekarstwo na pamięć, a zarazem środek sprzyjający mądrości, który winien zostać rozpowszechniony ku doskonaleniu oraz chwale człowieka. Król ufał dobrym intencjom boga, ale na jego dar spojrzał nieufnie i surowy wydał o nim osąd. „Ten wynalazek – powiedział – niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza”. Mądrości także nie pomoże szerzyć, lecz przeciwnie: zamieni ją w pozór, w „oczytanie bez nauki”. Pismo nie posiada wartości leczniczej – jest paliatywem, który po zażyciu pogłębia chorobę i odcina drogę ku zdrowiu.
Przenikliwy król przypisał literom działanie odwrotne do zamierzonego, ale nie dopatrywał się przy tym podstępu boga Teuta. Albowiem samo pismo kryje w sobie zgubę, stanowi pułapkę, w którą wpadł bezprzytomnie nawet wynalazca, do końca wierzący w skuteczność swego specyfiku. Tamuz celnie zdemaskował rdzenną właściwość przedstawianego mu środka, która sprzyja opacznej ewaluacji i stanowi największe jego niebezpieczeństwo: jest to siła pozoru. Pismo będzie wspomagać pamięć – ale tylko pozornie; będzie szerzyło mądrość – ale mądrość pozorną; szerząc zaś pozór upłynni granicę między prawdą a fikcją, zachwieje ludzkim osądem i zaciemni własną zdradliwą istotę utrudniając jej demistyfikację. Jest to pharmakon obcy istocie człowieka, a ukryty weń podstęp, to pozorny konsonans i zgodność z duchową rzeczywistością, którą z wolna wyniszcza zamieniając w pozbawiony substancji cień.
****
Opowiedziany mit feruje swym przesłaniem surowe wyroki – niepodobna jednak słuchać ich jako ostrzeżeń przed zażyciem trucizny, gdy opiaty Teuta krążą od tysiącleci w krwioobiegu kultury. Możemy natomiast przyglądać się własnym poczynaniom przez pryzmat diagnozy króla Tamuza i - dzięki jaśniejszemu rozpoznaniu choroby - wyjść naprzeciw temu, co zdrowe; leży w naszej mocy nauczyć się rozpoznawać, cenić i kultywować nieskażone oazy, wierząc, że prawdziwa mądrość oraz droga ku niej była i jest nadal możliwa.
Istotą trucizny zwanej pismem jest pozór, a korelatywnym doń schorzeniem zapomnienie – wszystkie inne szkody zdają się wynikać z tych dwóch centralnych rysów fałszywego lekarstwa. Przeto spytajmy: o jakim osłabieniu pamięci tu mowa? W czym może się ono przejawiać i dlaczego niszczycielskie jego konsekwencje sięgają serca mądrości? Problemem zasadniczym nie jest ten, który bije zrazu w oczy – nie polega na trywialnym zaniedbaniu ćwiczeń pamięci odtwórczej, na mnemotechnicznym rozleniwieniu. Owszem, choroba byłaby to błaha, łatwa w kuracji i nie licująca z powagą Tamuzowej przestrogi. Zapomnienie, o którym mowa musi sięgać korzeni kultury duchowej, samego rdzenia myśli; trudno je spostrzec, zdiagnozować, a potem wytrzebić, gdyż skrywa się, tudzież maskuje, nieodłącznie sprzężone i napędzane siłą pozoru czerpaną z jadowitego pharmakon. Jest przy tym epidemiczne, boć sam jego nośnik, wynalazek pisma, okazał się zaraźliwy. Zapomnienie to dotyka „istoty człowieka”, o której Tamuz rzekł, że lekarstwo w postaci znaków jest jej obce.
Dwie są możliwości, dwa wierzchnie symptomy i drogi rozwoju choroby, którą chcemy obserwować, a związany z nimi jest podwójny smutek niszczejącej mądrości. Tak oto zapomnienie może zadziałać od wewnątrz lub z zewnątrz. Drugi rodzaj, trafnie przewidziany przez Platona, rzuca się w oczy jako pierwszy: gdy mędrzec odważy się na użycie pisma, powierzy znakom swe tajemnice, ryzykuje zagładę własnej mądrości. Pragnie utrwalić swoje myśli za pomocą liter, kusi go specyfik Teuta. Widzi w nim bowiem lekarstwo na niepamięć swoich uczniów i potomnych; pragnie wyryć własną mądrość w stabilnym materiale, który przetrwa jego śmierć, będzie pomnikiem i świadectwem życia jego myśli, które były skazane na manifestację w czasie i nieuchronne przemijanie w płynącej zjawiskowości. Dla swego najpiękniejszego dziecka, dla nauk, które głosił, pragnie przechytrzyć efemeryczną kondycję własnego zaniku i zapewnić im byt empiryczny w trwalszym fundamencie. Jednakże logos, którego bytowanie pragnie przedłużyć, ujęty w znaki pisane nieuchronnie obumiera: mędrzec ufał, że zasili jego życie, a pozostawił go jedynie w postaci zmumifikowanej pamiątki. Można teraz oglądać jego słowa, jedno po drugim, jak w muzealnej witrynie – ale zostały oderwane od korzeni, przez które czerpały witalne soki, są spetryfikowane w pierwiastku „obcym istocie człowieka”. Głuche i nieme, gdy pytać je i prosić o wyjaśnienia, szeregi liter grają wciąż tę samą melodię, która z czasem zagłusza wszelką żywą pamięć o ich użytkowniku. Mędrzec chciał przeskoczyć ponad śmiercią w pierwiastku własnej mądrości, ale posąg, który po sobie pozostawił, trafił w ludzki tłum i osobę swego twórcy całkowicie przesłonił. Nie ma już mędrca jako bijącego nieustannie źródła, żywego świadectwa głoszonej mądrości: pozostały jedynie pisma, które każdy może przeczytać i splugawić opacznym rozumieniem, a nikt się temu nie sprzeciwi, zwłaszcza obojętne na wszystko litery. Pozostawione w znakach posłanie, miast nieustannie wskazywać na swoje źródło i wskrzeszać w duszach żyjących czytelników istotę nauczyciela, który jako byt empiryczny już opuścił świat, maskują ją de facto i podają się same za esencję. Pharmakon Teuta rodzi zapomnienie, wabiąc wciąż zgubnym przekonaniem, że wystarczy poprzestać na przyswojeniu samego zapisu, by odebrać właściwy dar mędrca. Platon poucza:
„Coś strasznie dziwnego ma do siebie pismo (...). Zdaje ci się nieraz, że słowa pisane myślą i mówią. A jeśli je zapytasz o coś z tego, o czym mowa, czego się chcesz nauczyć, one wciąż tylko na jedno wskazują; zawsze jedno i to samo [...]. A kiedy je fałszywie oceniają i niesłusznie hańbią, zawsze by się ich ojciec przydał do pomocy, co same ani się od napaści uchronić, ani jej odeprzeć nie potrafią.”
Ojciec swych pism już odszedł, a jego czyny, radości, smutki, jego żywa i macierzysta dla głoszonej mądrości osobowość zostały zapomniane. Wraz z upływem czasu nawet relacji i wspomnień o nim nie bierze się serio – wręcz ignoruje się jako zbędny naddatek i akcydens; liczą się tylko rzeczowe argumenty zbrojące jego poglądy, które figurują w pozostawionych dziełach; czytelne, jasne i komunikowalne są podatne na kolejne reprodukcje, trawestacje oraz zapożyczenia. Zaczynają żyć własnym pozorem, zastępują kłamliwie postać mędrca. W czasach średniowiecza nawet imiona autorów starożytnych utraciły znaczenie (nie mówiąc o biografiach) i jeżeli w ogóle ich używano, to tylko jako etykiet określonych, znanych już z lektur, narracji światopoglądowych. Osoba nikogo nie interesowała, nawet Arystotelesa zwano już po prostu „Filozofem”...
Mówiliśmy do tej pory o zapomnieniu zewnętrznym – czeka ono mędrca nieostrożnie szafującego pismem, a przestrzegał o tym głośno Platon. Stąd podejrzenie, że to, co sam napisał jest psotą i igraszką, a rzeczywiste swoje nauki głosił ustnie – zgodnie ze wskazaniami pozostawionymi w Liście siódmym. Wiemy także, że okryty mityczną aurą nauczyciel mędrca Plotyna w ogóle nie chciał pisać, a sam Plotyn swoje dzieła dedykował zżytym z jego duszą uczniom, którzy wiedzieli jak je czytać, a swego mistrza nie zapomnieliby nawet po jego śmierci. Skrypty spełniały w szkołach filozoficznych (np. Epikurejskiej i stoickiej) specyficzną funkcję, bynajmniej nie miały nauczać: służyły jako środek pomocniczy, podpora dla myśli, która miała przywracać mistrza pamięci ucznia, gdy tamten był oddalony. Z czasem także ten ostrożny użytek wymknął się spod kontroli i pisma „poszły w świat”.
Teraz musimy sobie zdać sprawę, że to z początku zewnętrzne zapomnienie szerzone przez pismo, zapomnienie przysłaniające postać mędrca, zaciemniające źródłowy charakter jego niepowtarzalnej egzystencji – otóż to właśnie zapomnienie zostało uwewnętrznione i poczęło się przeradzać w wyznawaną wartość. Odkąd, jak mówi wschodnie przysłowie, oczy głupców poczęły się wpatrywać w palec, gdy on wskazywał księżyc, poglądy wyrażane w pismach poczęto brać za sedno filozoficznego życia – za rzeczywistość i substancję mądrości uznano dzieło książkowe, literacką pozostałość: życie myśliciela miało być produkcją czytelniczego materiału. Oto moment pojawienia się wewnętrznego zapomnienia, spełniającego się w samej duszy pisarza, a także czytelnika. Autor nie umieszcza już, jak wspominany wyżej mędrzec, swej istotnej treści w obcym jego istocie medium pisma: on teraz nie pragnie nic przekazywać, a jedynie lepić w tym obcym medium bałwany ku uciesze adorujących je czytelników. Jest martwy w swej czynności, śpi głęboko i to mu odpowiada. Robi układanki z liter, które nie są szyfrem i wskazówką, bo samo ich kreowanie mało obchodzi twórcę – on nie myśli, on po prostu pisze, ale pozór tkwiący w piśmie, fałszywa wartość, w którą wynalazek Teuta siebie osnuwa, rodzi to rdzenne zapomnienie, które pozwala brać pisanie za myślenie. Czytelnik także wpada w pułapkę, bo nie chodzi mu już o przejęcie rzeczywistego impulsu myśli, którą sam we własnej istocie by urzeczywistnił: uprawia pustą erudycję i staje się spełnieniem przepowiedni Tamuza o fałszywych mędrcach z „oczytaniem bez nauki”. Liczy się pismo, odwołania do pism, cytaty z pism, literackie zestawienia i wariacje na książkowe tematy. Kultura duchowa zmienia się w Borgesowską wierzę Babel: wszechświat nieskończonych ciągów liter bez myśli, kosmos snu nad kartami ksiąg, osnuty wieczną nocą zapomnienia.
****
Przedstawiony tu los wszechwładnego pozoru nie jest ostateczny. Już na początku deklarowaliśmy wiarę w możliwość mądrości współistniejącej z trucizną pisma. Myślenie, rzeczywiste życie duszy i jego związki z pisaniem oraz czytaniem ukaże kolejny wykład. Wszak Nietzsche, który ostrzegał jak mało kto przed bezmyślnym czytaniem i pisaniem, napisał w jednym z listów: Tylko wtedy, gdy coś napiszę, jestem rzeczywiście zdrowy i dobrze się czuję. Cała reszta to tylko antrakt (27 września 1873 r.). To zdrowie, tak silne, że działanie trucizny przekształca w swą moc i korzyść, ukażemy w kolejnej próbie.
środa, 12 marca 2008
Wprowadzenie do pytania o filozofię, PART I
Czym jest filozofia, czym filozofowanie? Pytanie to wprawia w konfuzję, a to nie tylko przez swoją ogólność. Od jakiej strony je uchwycić, czego się przytrzymać udzielając odpowiedzi? „Ptaszek śpiewa, ale nie zajmuje się ornitologią”, dowcipkują niektórzy. A czy filozof filozofuje i nie waży się inkwirować własnej aktywności? W istocie, przez całe stulecia filozofia radziła sobie doskonale nie wzbudzając zbędnych wątpliwości wobec swej istoty, a przewrotna potrzeba autointerpretacji była jej obca. Pytanie „czym jest filozofia?” jest jak pojawiająca się o zmierzchu wątpliwość, dręczący rachunek sumienia i przymus oceny dnia, który minął bezpowrotnie. Ta metaforyka, obraz myśli i pytań wschodzących wraz z zachodem słońca, ma korzenie Heglowskie, mówi o refleksji dokonywanej post factum, która posiada już wszystko za swymi plecami i ze spokojem może spojrzeć wstecz zawieszając wzrok na tym, co byłe i urzeczywistnione: „sowa Minervy wylatuje o zmierzchu”. Nadchodząca noc jest cichym czasem medytacji, której nie grozi już żadna przyszłość.
Lecz nasze pytanie, pytanie o filozofię, dopomina się także o całkiem inny obraz. Być może nie pada ono wieczorem, a raczej o poranku, wraz z powolnym przebudzeniem rozpraszając senne mary. Otwieramy z wolna oczy, ale nie chcemy by blask dnia przepędził wyśnione obrazy nim zdążymy opowiedzieć sobie ich historię. Przymykamy jeszcze na chwilę powieki i ratujemy oniryczną fabułę przed przepaścią zapomnienia – streszczamy ją pośpiesznie w myśli, przyswajamy pamięci. A gdy już odważymy się wziąć głębszy oddech, przetrzeć oczy dłońmi i spojrzeć przez okno na królestwo dnia, wtedy pytamy nieraz o znaczenie snów, o ukryte przesłanie Morfeusza – może ono właśnie jest właściwą celebracją świtu i niesie ze sobą pełny jego sens? Myśl taka pobrzmiewała w dobie oświecenia, w tej lub innej, zawsze zawężonej formie: Kant wspomina swoje przebudzenie z „metafizycznej drzemki”, Francuzi zapowiadają postępującą eliminację przesądów oraz idoli ludzkiego umysłu – także tych zaległych w filozoficznej tradycji - które mają ulec rozproszeniu w promieniach światła rozumu. W doskonalszej formie nastrój tej metafory realizuje Nietzsche. Filozofii trzeba się tu przyjrzeć, bo jest ona jak prześniona historia, z której warto wyciągnąć wnioski na przyszłość, bo oto świta, nadchodzi nowa realność, a senna, miniona przygoda nie powinna przyćmić świeżości poranka: więc streszczamy ją sobie, opowiadamy i osądzamy, by dłużej nie kryła się pod powierzchnią świadomości, nie wypływała potajemnie na wyobraźnię.
W metaforyce wieczoru akt filozofowania jest dopełniony przez refleksję nad filozofowaniem samym, tu znajduje swą ostateczną realizację. Natomiast w wyobrażeniu poranka traktujemy filozofię jako rzecz minioną, z którą trzeba się rozprawić w obliczu otwartego właśnie dziejowego horyzontu - należy ona do nieaktualnego, odchodzącego już świata. Pokusa syntezy obu obrazów, przeciwstawnych na pierwszy rzut oka, musi być odłożona na później: wszak nie rozpoznaliśmy jeszcze sytuacji naszego pytania o filozofię szkicując metaforycznie jego dwie wyjściowe motywacje. Budzący się z rana pyta o to, co mu się przyśniło; zasypiający pragnie zebrać w myśli wydarzenia minionego dnia: w obu wypadkach pytania mają tę samą formalną budowę i niosą podobne trudności. Uprzytomnijmy sobie, o co zabiega pytający o filozofię – ku czemu kieruje się jego pytanie?
****
CIĄG DALSZY WKRÓTCEniedziela, 2 grudnia 2007
Czytanie
"Kiedy zapada wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej biblioteki i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną, zbrukaną błotem odzież, a przywdziewam szaty godne królewskiego dworu; tak dostojnie ubrany wkraczam w odwieczną dziedzinę ludzi starożytnych, gdzie uprzejmie przez nich przyjęty posilam się tym pokarmem, który, tylko on, jest moim i do którego spożywania urodziłem się(....)."
Nieraz, gdy czuję się nieswojo we własnej skórze, przywołuję sobie w myśli tę sentencję dla ukojenia. Jest w niej coś z intelektualnej czystości i spokoju, coś z piękna powolnym ruchem wkładanych na nos binokli i otwierania sążnistej księgi. In omnibus requiem quaesivi, et nusquam inveni nisi in angulo cum libro[1] – głoszą słowa przypisywane autorowi De imitatione Christi. A jednak, ów „kącik z książką” kryje w sobie także troski i niebezpieczeństwa.
Przede wszystkim przytłacza nas myśl o przeogromnej ilości książek wartych lektury. Nieraz zadając sobie pytanie, jak bym zareagował dowiadując się, że pozostało mi zaledwie parę miesięcy życia, rodziło się we mnie rozpaczliwe uczucie, że nie zdążę już przeczytać tych książek, które chciałem. Frustrowała mnie konfrontacja krótkości życia z niewzruszonym bezmiarem tekstów – i to nie byle jakich, nie obojętnych. Patrzę na półki mojej skromnej biblioteki z dumą i zadowoleniem, ale niby cień towarzyszy mi wtedy poczucie niepewności, czy aby wszystko przestudiuję, czy ze wszystkim, co mnie interesuje zdołam się zapoznać. Myśl o bogactwie skrytym w księgach budzi podziw, lecz drugą jego stroną jest poczucie własnej marności wobec tego ogromu. Wielkie duchy powierzały myśl swoją pismu, podarowały innym posiadane skarby, otworzyły własne ogrody i krainy dla innych – miałbym wzgardzić ich pięknem, miałbym ich wszystkich nie zwiedzić? Ktoś powiedział przepięknie, że ten, który nic nie czyta, żyje tylko raz, czytelnikowi zaś przypada żyć wielekroć. Jaka szkoda, że to tylko metafora...
Myśl o ograniczeniu i tępocie wynikłych z zaniechania lektury przyprawia nas o dreszcz wstrętu i łatwo wtedy zapomnieć o grożących czytelnikom niebezpieczeństwach. Symbolu tych ostatnich nie musimy szukać daleko – przypomnijmy sobie choćby odrażającą postać Samouka z „Mdłosći” Sartre’a. Chodził on codziennie do biblioteki, by hołdować męczeńskiej a bezmyślnej rutynie czytania wszystkich książek w porządku alfabetycznym. Ta karykatura nędznej erudycji, mola książkowego kompulsywnie pożerającego każdy tekst, który wpadnie mu w ręce, jest – można tak powiedzieć – dnem bibliofilskiego piekła. Lektura właściwa to spotkanie myśli naszych z myślami autora, twórcza asymilacja przyjętej w darze treści. Jeżeli to misterium nie ma miejsca, to czymże różni się studiujący dzieła filozofów od niedbałego czytelnika codziennej gazety czy nawet plotkarskiej gosposi? Bogactwo wiadomości magazynowanych przy kartkowaniu tekstów jest pustą erudycją, zalega w pamięci jak zakurzony sprzęt w piwnicy. Prawdziwy bibliofil czuje obowiązek należytego przemyślenia każdej czytanej książki, a nie tylko literalnego jej odbioru, który grozi przy lekturze zbyt prędkiej.
Tak oto znajduje się szczery miłośnik ksiąg pomiędzy Scyllą a Charybdą: pragnie czytać jak najwięcej, nie chcąc, by cokolwiek z tego pięknego świata umknęło jego oczom; zarazem jednak wie doskonale, że prędkonogi Achilles niewiele zdziała wśród zapisanych kart i czuje, że im więcej czyta, tym sroższa ciąży nad nim groźba utracenia samego siebie. Rozpusta w lekturze grozi chorobą erudyty, jej diagnozą jest smutna indolencja streszczająca się w poczuciu, że jestem pusty, gdy nic nie czytam; moje myśli są martwe, gdy nie ożywia ich tekst; wszystko już powiedziano, wszystko już pomyślano i to zapisano – mogę tylko czytać pokornie i kazać zamilknąć mym myślom, bo i tak nic z siebie nie dobędę. „Którzyciem siedzą z księgami nie mogą być nigdy sami” – to piękne powiedzenie zmienia się w przekleństwo, gdy nie potrafię już sam dotrzymać sobie towarzystwa, gdy nudzę się sam ze sobą bez pomocy książki. Groteskową i krańcową fazę tej choroby można widzieć w treści popularnych, postmodernistycznych Schlagwörter głoszących, że nie tylko nie potrafimy nic już powiedzieć, ale nawet i wyczytać, że zdolność rozumienia tekstu jest ułudą, nie potrafimy nawet interpretować. Zobojętnienie na siebie, na własną myśl i zwrócenie się tylko ku tekstowi, może się skończyć znieczuleniem także na sam tekst. Übrigens ist mir alles verhaßt, was mich bloß belehrt, ohne meine Tätigkeit zu vermehren oder unmittelbar zu beleben[2], powiada Goethe w liście do Schillera. Choroba erudyty jest, jak się zdaje, epidemią naszych czasów – wyostrzony zmysł historyczny wzbrania nam pomyśleć nim coś przeczytamy, brzemię bogactwa tradycji ciąży i łamie każdą nasza inicjatywę. Żyjemy w kulturze znakomicie zilustrowanej w wielkiej Glasperlenspiel[3] H. Hessego: gramy jedynie na strunach tradycji, nie ważymy się nawet myśleć, że stać nas na własny ruch i własną twórczość, jest nam to niemal wzbronione. Jest to stan pożałowania godny, gdy, jak powiada Nietzsche „ uczony, który w gruncie książki tylko odwala, traci w końcu na wskroś i zupełnie zdolność myślenia na własną rękę. Jeśli nie odwala, nie myśli.(...)Wydaje całą swą siłę na mówienie TAK i NIE, na krytykę tego, co już pomyślane – on sam już nie myśli... Widziałem to na własne oczy: zdolne, bogato i swobodnie uposażone natury po trzydziestce już na śmierć zaczytane, jeszcze tylko zapałki, które trzeć trzeba, by iskry – ‘myśli’ wydały. – Wczesnym rankiem, o brzasku dnia, wśród całej świeżości, o jutrzni swej siły – czytać książkę – to zwę występkiem!”[4]. Nietzschemu, temu wielkiemu mistrzowi myślenia w samotni, czytanie pozwalało jedynie „odpocząć po własnej powadze”, a zrozumienie jego własnych pism uzależniał od umiejętności „wolnego przeżuwania”, tak rzadkiej w czasach nowoczesnych. Historia zna niejeden podziwu godny umysł, który nieufnie obchodził się z księgami; byli jednak i tacy, którym lektury służyły za nektar i ambrozję: potężna erudycja humanistów podczas zmierzchu średniowiecza zrodziła całkiem nowy prąd duchowy, a nawet Arystoteles był rzekomo zwany za młodu „czytelnikiem”, tak wiele czasu poświęcał pismom.
Żywe myślenie może być kultywowane, może też być pogrzebane pod stosem cudzych słów i zduszone. Czujemy potrzebę wracania wciąż na nowo do początku, do źródła, które – jak wierzymy – bije w nas samych. To siebie widzimy w wielkich księgach, mamy w nich zwierciadło i siebie tam oglądamy, a przy tym odczuwamy imperatyw wewnętrznej syntezy danych nam w kulturze obrazów - rozproszonych i sprzecznych nieraz - do których wciąż na nowo się odnosimy. Dla każdego zapewne będzie inna tutaj miara – ile czytać, by czytać uczciwie, a do jakiego stopnia obiektywizować swoje myśli, by ich nie uśmiercić. Zakończmy słowami Hegla, których sens każdy nastawiony filozoficznie czytelnik powinien obrać sobie za przykazanie: „Chodzi o to, aby pojąc istniejącą filozofię i wykształcić siebie do jej poziomu i właśnie w trakcie tego dalej ją ukształtować i wznieść o szczebel wyżej. Przyswajając ją sobie czynimy z niej coś własnego – wbrew temu czym była ona przedtem.(...)Historia, którą mamy przed sobą, jest historią odnajdywania samej siebie przez myśl.”[5]
[1] „Wszędzie poszukiwałem spokoju i nigdzie indziej go nie odnalazłem, jak tylko w kąciku z książką.” (Podaję własne tłumaczenia, bo irytuje mnie, jak nie robią tego inni. Człowiek czyta np. jakiś cytat po francusku, a nie zna francuskiego i od razu popada w czarne myśli o własnej ignorancji i nieuctwie, przy czym widzi oczyma wyobraźni ironiczny uśmiech autora tekstu, wyrażający skrajną drwinę i poczucie wyższości – a przecież nie o to chodzi. Czytelnik oraz autor powinni unikać takich przykrych sytuacji – ten pierwszy przez naukę języków, a ten drugi przez robienie przypisów do cytatów przytaczanych w obcym brzmieniu.)
[2] „Zresztą, nienawistne jest mi to wszystko, co mnie pozostawia obojętnym, co nie ożywia mnie bezpośrednio i aktywności mej nie wzmaga”
[3] Tytuł polskiego przekładu: „Gra szklanych paciorków”.
[4] F. Nietzsche, Ecce Homo, paragraf 8 rozdziału Dlaczego jestem taki światły? w przekładzie L. Staffa..
[5] Niech nikt mi przypadkiem nie zarzuca propagowania heglizmu. Cytat ten pochodzi z „Wykładów z historii filozofii”(przeł. Ś.F. Nowicki) i pragnę jedynie zalecieć jego stosowanie w wymiarze indywidualnej kultury intelektualnej, a nie ekstrapolować na sferę „czystej” ontologii.
piątek, 21 września 2007
Mistrz Pryzmatu, czyli historia pewnego filozofa
Dla KubyCzęsto pytano mnie o Mistrza Pryzmatu. Mój osobisty stosunek do niego, uformowany przez lata sąsiedzkiej przyjaźni trwającej od zarania młodości, zawsze zamykał mi usta – nie dość obiektywnym obserwatorem byłem, by opowiadać o Pryzmatyku ze spokojem biografa.
Teraz, gdy doczekał się już licznych publikacji na swój temat, czuję się uprawniony by przedłożyć światu parę moich (i tylko moich) wspomnień o tej postaci.
Gdy byliśmy jeszcze dziećmi, Templar – tak wtedy kazał się nazywać przyszły filozof - przejawiał nieustającą predylekcję do zagadek i gier logicznych: obojętnie czy drukowanych, czy komputerowych. Ilekroć proponowałem grę zręcznościową, on oponował. Lubił się zastanawiać i szukać rozwiązań, a zawsze górował nade mną w tej dziedzinie. Jego zainteresowania już w szkole podstawowej wskazywały na to, że zostanie matematykiem bądź logikiem.
Gdy ukończył szkołę podstawową i rodzina zakupiła mu komputer typu PC, przewidywania co do jego przyszłości musiały ulec rewizji: oto poznał możliwości wirtualnego świata i tam począł lokować swe uzdolnienia. Pierwszym informatycznym podbojom towarzyszyły jednak pierwsze upadki młodości. Wchodząc w wiek dojrzewania coraz częściej sięgał po coca-colę i gry komputerowe, już nie tylko logiczne, jak dawniej. Mimo ciągłych upomnień – także z mojej strony – pijał nieumiarkowanie amerykańską truciznę. Potem, na domiar złego, doszła jeszcze kiepska literatura fantasy, poprzez którą wstąpił do sekt entuzjastów RPG i począł uczęszczać na ich seanse. Widywałem go nieraz, jak powróciwszy z sesji, siadał nad kolejną częścią sagi „Conan” z pełną butelką coli i czytał pijąc. Nie pozostało to – jak można się domyślić - bez wpływu na jego zdrowie.
Wyraźną cezurą w jego rozwoju była pewna noc, podczas której wypił prawdopodobnie aż cztery litry coli. Właśnie wtedy grając w euforii na komputerze napotkał przypadkowo cytat z Nietschego, głoszący mądrość sekty Asasynów: „prawdy nie ma, wszystko wolno”. Upuścił myszkę, głowa opadła mu na klawiaturę – miał wizję. Z lotu ptaka oglądał siebie w wielu miejscach na raz, siedzącego przy komputerach rozsianych po całym świecie. Programował. Pisany w nieprzeliczonych odmianach algorytm pętlił się w sprzecznościach, które kolejno narastały i były przezwyciężane przez jego szybki, precyzyjny umysł. Coli! Więcej Coli! – krzyczał, a posłuszne orientalne hurysy dostarczały mu świeżo napełnione napojem naczynia. Tysiące świetlistych nici algorytmu łączyło się w jedną całość, tworząc na nocnym nieboskłonie gigantyczny pryzmat. W jego sercu, na tronie, siedział jego twórca, trzęsąc się ze śmiechu.
Był już ranek, gdy otrząsnął się ze swej ekstatycznej imaginacji. Teraz wiedział, co musi uczynić: ściągnął z Internetu całą bibliografię Nietschego i czytał jak szalony. Nie wychodził już ze swojego pokoju, nie jadł, pił jedynie colę…
Po niedługim czasie całkiem podupadł na zdrowiu. Lekarze okazali się bezradni – wspaniale zapowiadający się młody człowiek nie był już w stanie wykonać nawet najprostszych czynności i wymagał stałej opieki. Dobroduszna, korpulentna pielęgniarka, którą mu przydzielono, karmiła, myła i nadzorowała jego wyniszczone ciało, nie spodziewając się, że wkrótce na powrót zbudzi się w nim duch.
Nastąpiło to pewnego niedzielnego popołudnia. Pielęgniarka, choć była osobą niezwykle sumienną, cierpiała dość często na roztargnienie. Tego dnia nie mogła oderwać się myślą od ostatniego odcinka ukochanego serialu „Amor Latino”, który kulminował niespodziewanym pocałunkiem Pedra i Cosimy. Jakże cudowną stworzyli parę! – rozpamiętywała pielęgniarka sięgając omyłkowo po adrenalinę zamiast po relanium, gdy podopieczny dostał lekkich drgawek i ślinotoku. Potężna, dożylna dawka hormonu wprawiła ciało chorego w spazmatyczne wstrząsy. Spadł z wózka i począł czołgać się do komputera, wydając z siebie serię przeraźliwych świstów i ryków. Utworzył nowy plik i zapisał pamiętny tekst:
„Kto ma oczy i uszy, ten niech sucha i niech patrzy. Bo oto objawionym będzie, co do dziś było zakryte. Pryzmat zalśni nad lądem i oceanem”
Potem stracił przytomność.
Od tamtego dnia był sadzany przy włączonym komputerze. Budził się co jakieś trzy godziny, pisał parę stron tekstu i omdlewał. Tak wyglądało teraz jego życie. Pielęgniarka, od lat interesująca się okultyzmem, nie miała wątpliwości, że jej pacjent jest kolejnym wcieleniem wielkich nauczycieli ludzkości i że jego dzieło odmieni wkrótce oblicze świata. Nie rozumiała tego wielkiego traktatu pisanego w prześwitach świadomości, ale miała nadzieję, że przez bezpośrednie obcowanie z mistrzem, przez wieloletnią ofiarność jemu okazaną, dostąpi nagłej iluminacji.
W okresie tym, zwanym przez komentatorów „kuciem pryzmatycznego teorematu transgresji” czy „krystalizacją pryzmatu” zyskiwał Templar rzesze uczniów. Na licznych spotkaniach odczytywane były fragmenty jego pism, sentencje były komentowane, toczyły się spory co do możliwych interpretacji. Gdy jego pisarstwo było w fazie najbujniejszego rozkwitu i stawiało najwyższe wyzwania interpretatorom, nastąpił sławetny rozłam w gronie jego uczniów: na lewicę i prawicę pryzmatyczną. Prawa strona miała za sobą autorytet pierwszego ucznia – pielęgniarki - która opowiadała się za ortodoksyjną pokorą i „uległą wiarą wiodącą do zrozumienia”, skora każde słowo mistrza uznać za święte; natomiast lewicowa formacja postulowała odrzucanie niezrozumiałych fragmentów, przypisując je słabościom i chorobie.
Podczas najintensywniejszych sporów Mistrz przestał pisać. Ostatnie zanotowane słowa zapowiadały to, co miało nastąpić:
„Pryzmat wita jutrzenkę, gdy światło lśni w witrażach. Ja jestem blaskiem, ja jestem pryzmatem, przez który świecę. Nie ma już pryzmatu i światło gaśnie, jak przezeń przeszło. Ja jestem zmierzchem i zmierzch witam – gdy witraże gasną. Dzień spotyka noc w pryzmacie”
Od tej pory słyszano z jego ust jedynie przypowieści. Po niedługim czasie mówił już tylko urywanymi zdaniami, by w końcu mieszać słowa z dźwiękami nieartykułowanymi. Lewica jednogłośnie uznała, że Mistrz zachorował i bredzi. Prawica miała to za bluźnierstwo i mówiła o „ostatecznym syntetycznym ekscesie pryzmatu” i podkreślała potrzebę kultu, mediacji serca oraz wyrzeczenia się „ziemskiego, linearnego rozumu”.
Dowodzili, że Pryzmatyk przewidział kacerstwa lewicy:
„Gdy pryzmat osiagnie twardość kryształu – pisał – pojawią się cienie w jego blaskach. Oczy głupców pochwycą cienie i wyszydzą sprzeczność. Wyszydzą sam pryzmat”
Co niedzielę odprawiano msze pryzmatyczną, podczas której „Niepokalana Iskra”, jak zwano pielęgniarkę, wystawiała Mistrza na wózku na podium, by przemówił. Z czasem pomagano mu w tym elektrowstrząsami i aplikowaną dożylnie adrenaliną, tłumacząc, że środki medyczne nie zaburzają przejrzystości objawienia Pryzmy, gdyż ciało jest tu jedynie pośrednikiem. Gdy odszedł uznano, że czasy się dopełniły i czekano na pojawienie się „czystej gry światła” zapowiedzianej w traktacie. Uczniowie wyprzedali majątki i poszli w świat jako pielgrzymi.
Tak kończę moją opowieść, z czcią wielką dla Mistrza, choć nigdy nie byłem jego uczniem, a jedynie przyjacielem z dzieciństwa.